Irracjonalizm polski - siła sprawcza polskich nieszczęść
Opublikowane przez Administrator dnia Maja 06 2022 07:26:05

Odkładając na bok pogłębione analizy upadku Polski w XVIII wieku, możemy zgodzić się co do tego, że do przyczyn należały: - stulecie – XVII wiek - wyniszczających wojen (ze szwedzkim Potopem na czele, najbardziej destrukcyjnym, jeśli chodzi o – powiedzielibyśmy dzisiaj - infrastrukturę kraju), - emancypacja państwa pruskiego na skutek słabości Polski (Traktaty welawsko-bydgoskie 1657), państwa, które stanie się inicjatorem rozbiorów, - noc saska, charakteryzująca się władzą zainteresowaną osłabieniem Polski, rozkładem wojska, paraliżem sejmu, apatią, gnuśnością i narastającym sobiepaństwem, warcholstwem i upodobaniem do prymitywnych rozrywek szerokich warstw szlachty w myśl przysłowia „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”, - ustrojowe zacofanie państwa w dobie monarchii absolutnych: zacofana struktura państwa, władzy, wojska, gospodarki, - działania czynników zewnętrznych podsycających i utrwalających słabości Rzeczpospolitej, wreszcie, ich bezpośredni atak w postaci rozbiorów. To są wszystko naturalnie uproszczenia, bo przecież w epoce saskiej pojawiły się już pierwsze jaskółki odrodzenia, ale też nie jest przypadkiem, że nie pierwszy w ogóle, ale pierwszy poważny projekt całkowitego rozbioru Polski, czyli Traktat w Radnot został podpisany 6 grudnia 1656 r., między Szwecją a Siedmiogrodem (dodatkowo beneficjentami miały być Prusy, Chmielnicki i Bogusław Radziwiłł), a więc w połowie tragicznego XVII wieku, zaś ostatnie mocarstwowe działania Rzeczpospolitej, czyli dwie klęskowe wyprawy mołdawskie Jana III Sobieskiego w 1686 i 1691, to schyłek tegoż stulecia. Pozycja Polski jako mocarstwa, osłabiana przez cały wiek, a krótkotrwale podsycona Wiedniem, upadła ostatecznie na początku XVIII wieku. Odkładając na bok pogłębione analizy upadku Polski w XVIII wieku, możemy zgodzić się co do tego, że do przyczyn należały: - stulecie – XVII wiek - wyniszczających wojen (ze szwedzkim Potopem na czele, najbardziej destrukcyjnym, jeśli chodzi o – powiedzielibyśmy dzisiaj - infrastrukturę kraju), - emancypacja państwa pruskiego na skutek słabości Polski (Traktaty welawsko-bydgoskie 1657), państwa, które stanie się inicjatorem rozbiorów, - noc saska, charakteryzująca się władzą zainteresowaną osłabieniem Polski, rozkładem wojska, paraliżem sejmu, apatią, gnuśnością i narastającym sobiepaństwem, warcholstwem i upodobaniem do prymitywnych rozrywek szerokich warstw szlachty w myśl przysłowia „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”, - ustrojowe zacofanie państwa w dobie monarchii absolutnych: zacofana struktura państwa, władzy, wojska, gospodarki, - działania czynników zewnętrznych podsycających i utrwalających słabości Rzeczpospolitej, wreszcie, ich bezpośredni atak w postaci rozbiorów. To są wszystko naturalnie uproszczenia, bo przecież w epoce saskiej pojawiły się już pierwsze jaskółki odrodzenia, ale też nie jest przypadkiem, że nie pierwszy w ogóle, ale pierwszy poważny projekt całkowitego rozbioru Polski, czyli Traktat w Radnot został podpisany 6 grudnia 1656 r., między Szwecją a Siedmiogrodem (dodatkowo beneficjentami miały być Prusy, Chmielnicki i Bogusław Radziwiłł), a więc w połowie tragicznego XVII wieku, zaś ostatnie mocarstwowe działania Rzeczpospolitej, czyli dwie klęskowe wyprawy mołdawskie Jana III Sobieskiego w 1686 i 1691, to schyłek tegoż stulecia. Pozycja Polski jako mocarstwa, osłabiana przez cały wiek, a krótkotrwale podsycona Wiedniem, upadła ostatecznie na początku XVIII wieku. Upadek z wyżyn, szybkie przekształcenie z podmiotu współdecydującego o losach przynajmniej naszej części świata, do poziomu przedmiotu, o którym decydują obcy, odbiły się ciężko na mentalności Polaków. Pamięć potęgi i bolesne upokorzenie przez całe dziesięciolecia XVIII wieku wytworzyły wówczas tragiczny typ destrukcyjnego patriotyzmu, z którym borykamy się do dzisiaj. Typ, w którym duma z dawnej potęgi łączy się z poczuciem krzywdy, w którym chęć powrotu do czasów, kiedy ze strachu przed naszą potęgą nas szanowano pomieszano z często wysoce serwilistyczną postawą wobec obcych, których sami we własnym mniemaniu ogłosiliśmy naszymi przyjaciółmi, wreszcie, poczucie bezsilności wobec wrogów, na które odpowiedzią był wielki gest – krwawy (jak Konfederacja barska) i bezkrwawy (jak rozdarta koszula Rejtana) mający uderzać do sumień świata. W tym typie mentalnym – siłą rzeczy – myślenie o Polsce i jej powrocie do chwały bardzo szybko nabrało cech rażącej krótkowzroczności, destrukcyjnej niecierpliwości, innymi słowy, porzucenia choćby myśli o polityce długofalowej, a zamiast tego oznaczało panowanie haseł „teraz albo nigdy”, „wszystko albo nic”. Polska miała stać się na powrót mocarstwem natychmiast, tu i teraz, i właśnie od razu mocarstwem. Ślad tego myślenia odnajdujemy nawet w II RP, zdobytej metodą polityczną przeciwną tej, o której tutaj mówimy, jednak wyobrażenia sanacji o mocarstwowości Polski lat 30-tych XX wieku niewątpliwie są odpryskiem tamtej mentalności. Jeżeli szukamy nazwy dla tego typu mentalnego, to wydaje się, że najbardziej odpowiednią będzie irracjonalizm. W tym wypadku polski irracjonalizm polityczny. Przyczyna naszych wszystkich klęsk – obok naturalnie czynników zewnętrznych - na przestrzeni ostatnich 250 lat. To bardzo ważne, aby w poszukiwaniu przyczyn porażek i klęsk zaczynać od siebie. Nie jest to usprawiedliwieniem dla nikczemności wrogów, inaczej, krytyczne spojrzenie na losy własnego narodu i państwa chroni przed czymś co jest równie niebezpieczne jak próby tłumaczenia wrogów – przed koloryzowaniem własnej historii, przed syndromem wiecznej, niewinnej ofiary, której obca jest refleksja nad własnymi wadami i błędami.

Irracjonalizm polski w dziejach

Przejdźmy zatem do przeglądu wykwitów polskiego irracjonalizmu zaczynając od Konfederacji barskiej. Będzie to przegląd intencjonalnie wybiórczy i tendencyjny, gdyż zależy nam na uwypukleniu negatywnych aspektów tego zjawiska. O Konfederacji barskiej napisał Jędrzej Giertych: „Z jednej strony, był to nagły wybuch gniewu i zapału szerokich mas (…) walka tych mas była ożywiona chęcią obrony ojczyzny, zarówno jak obrony wiary i była krucjatą, zrywem ludzi, którzy chcieli się bić i gotowi byli się poświęcić, a wcale nie dbali o to i nie potrafili zrozumieć, czy są dobrze prowadzeni i czy w walce tej idą po drodze mającej szanse dojścia do jakiego takiego zwycięstwa. Z drugiej strony, był to rezultat spisku, mającego określone, a niekoniecznie trafnie pomyślane cele polityczne, będącego źródłem machinacji niebezpiecznej i szkodliwej, i podatnego na intrygi obcych państw. (…) Konfederacja barska była pierwowzorem powstań polskich dziewiętnastego wieku”. Giertych cytuje też autora amerykańskiego (Herbert H. Kaplan, The First Partition of Poland, 1962): „Konfederacja, naiwna i nieprzygotowana do sprostania zadaniu, jakie sobie postawiła, spowodowała lawinę wydarzeń, które ściągnęły na Polskę ruinę”. Do symbolu urasta zachowanie obrońców Baru, kiedy pod miasto dotarły wojska rosyjskie i koronne. Paweł Jasienica wspomina relację świadka z epoki: „z obwałowań Baru, rozbrzmiewającego pieśniami i suplikacjami, zamiast parlamentariuszy wyszło czterech księży z krucyfiksami i piąty ze statuą Najświętszej Panny, z którymi nie wiedzieć co było traktować”. Przyznam się szczerze, że kiedy kilka lat temu zaczęły powstawać Kluby Konfederacji Barskiej poczułem duży niepokój. Także inne nawiązania do konfederacji budzą poważne wątpliwości… Bardzo ciekawą ocenę polskiej mentalności irracjonalnej pozostawił po sobie Joachim Christoph Friedrich Schulz, Niemiec, delegat mieszczaństwa kurlandzkiego na Sejm Czteroletni w latach 1791-92, przebywał również w Polsce w 1793 i pozostawił po sobie bezcenną relację z tamtych lat, będącą wybitnym źródłem dla badaczy tamtych czasów i tamtej Polski - Reise Eines Lieflanders Von Riga Nach Warschau (…). Wyszła ona po polsku w tłumaczeniu Józefa Ignacego Kraszewskiego w 1870 r. jako Polska w roku 1793, oraz w 1956, poprawiona przez Wacława Zarzeckiego, jako Podróże Inflantczyka z Rygi do Warszawy i po Polsce 1791-1793. Schulz tak pisze o sojuszu z Prusami z 1790 i o późniejszych wydarzeniach, nie szczędząc ocen Polakom zaangażowanym w tę politykę: „To ubezpieczenie się chłodnym politykom mogło wydawać się dziwnym i dowiodło, że naczelnicy polskiej rewolucji, z charakterem narodowym zgodnie, więcej gorącej wyobraźni niż rozwagi i ostrożności mieli, że się zewnętrznymi pozory korzystnego położenia zaślepić dali, nie poszukując głębiej podstaw, na których je opierali. Nie widzieli, że Prusy dlatego tylko na teraz do Polski się zbliżały, że jej potrzebowały; przypisywali temu mocarstwu nierozwagę, sądząc, że ono dla słabego i wyrabiającego się dopiero sprzymierzeńca zerwie z potężnym i strasznym sąsiadem. Sądzili zapewnienia przyjaźni pruskiej wedle zasad moralności szkolnego katechizmu, nie wedle polityki i zaczęli się otwarcie dąsać, gdy o Toruniu i Gdańsku, jako o nagrodzie za ofiary mówić poczęto, które Prusy dla Polski ponieść miały; odmówili spełnienia tych żądań, okazując jawnie, że ofiary przyjąć byli gotowi, ale płacić za nie, nie myśleli (…). Na koniec sądzili reformatorowie, iż stosunki drażliwe między Rosja a Prusami zawsze trwać będą, rachując na interwencję szwedzką, przeoczając panujące w niej wewnętrzne wrzenie; milczenie Austrii tłumaczyli sobie na swoja stronę; jednym słowem, widzieli to tylko, co widzieć chcieli, a nie zważali, czy rzeczy są możliwe i do urzeczywistnienia podobne [wytł. – AŚ]. Miasto [zamiast – AŚ] ograniczenia się zachowaniem tego, co mieli, pragnęli rosnąć, zamiast polityki słabego, który żadnej ze stron nie naraża się i postępuje powoli, chwycili się polityki mocarstwa niezależnego, łącząc się z jednym przeciwko drugiemu, które jawnie było silniejsze, choć na tę chwilę siły swej okazać nie mogło, i w niewytłumaczalnym zaślepieniu zapomnieli nawet o politycznie oklepanej prawdzie, że słaby, który w sporze silniejszych czynnie występuje, niechybnie, po ich przejednaniu, paść musi obojga ofiarą. Fałszywe te rachuby, niepolityczne obroty, już wówczas dalej widzącym ludziom, przyszłość niechybną przewidywać dozwalały. Znajomość politycznego ustroju państwa i nadwyrężonego przezeń charakteru narodowego potwierdzała przypuszczenia; trudno się było złudzić dać okrzykami stronnictwa nowego, filozoficznego, które więcej miało poezji niż rozsądku – i zapomnieć o tym, co historia wszech czasów i państw uczyła”. I jeszcze o Konstytucji 3 maja: „Projekt nowej konstytucji, który przeprowadzili, był niedojrzały i niewykończony; pełną sprzeczności tkanką starych przesądów i zasad nowych, tak ze sobą zmieszanych i dwuznacznie wyrażonych, że mogły zarówno starą konstytucję zmienić lub obalić, ale też nową, na nich opartą, wywrócić nimi było można”. Cytat jest długi, ale konieczny. Schulz nie jest wrogiem Polski, przeciwnie, jest nią zafascynowany pod wieloma względami. Krytykuje, ale nie dlatego, że jest po stronie wrogów Polski. Czyni tak, bo wypływa to z jego niemieckiego racjonalizmu. Warto zapoznać się z jego poglądami. Nie należy bowiem a priori odrzucać wszelkich opinii obcych o nas. Często można się wiele z nich nauczyć, pozwalają – jeśli tylko się tego chce – spojrzeć na samych siebie krytycznie. Przechodzimy do Powstania listopadowego. Gen. Ignacy Prądzyński, człowiek zasłużony i na ogół rozsądny uważał jednakże, że wyjściem dla narodu w momencie wybuchu powstania było odepchnąć bunt od siebie i tym samym sankcjonować wcześniejszy patologiczny stan w państwie albo poprzeć i przyłączyć się do powstania. Lech Mażewski zwraca uwagę, że istniało i trzecie wyjście – należało własnymi siłami spacyfikować bunt podchorążych i pokazać w ten sposób Rosji, że Królestwo jest w stanie same zaprowadzić porządek oraz jednocześnie zaoferować Wlk. Ks. Konstantemu poparcie dla jego ambicji zostania wicekrólem polsko-litewskim. Tak się nie stało. Kajetan Koźmian napisał: „nie ojców przekonanie, nie ojców powaga kierowała umysłami dzieci, lecz dzieci przywłaszczyły sobie prawo być stróżami patriotyzmu według swoich wyobrażeń urojonych o ojcach”. Z kolei Fryderyk Skarbek w swojej historii powstania podsumował: „Zwykle zaczynamy od tego, że się poświęcamy, a potem zastanawiamy się nad tym, czy się nasze poświęcenie na co przyda. Najczęściej zaś się zdarza, że nie ci, co się poświęcają, ale ci, co po nich pozostają, przekonywają się dopiero, jak daremnymi były tamte wysilenia, jak pożałowania godnymi były te ofiary poświęcenia się próżnego dla sprawy narodowej” [wytł. AŚ]. Ale to nie wszystko. W przeddzień szturmu Warszawy feldmarszałek Iwan Paskiewicz zaproponował stronie polskiej rozmowy. Paskiewicza reprezentował gen. Piotr Dannenberg, a stronę polską gen. Ignacy Prądzyński. Dannenberg w imieniu Paskiewicza, który miał pełnomocnictwa od cesarza, jednak z zastrzeżeniem, że ostateczny kształt układu określi ten ostatni, zaproponował pozostawienie dotychczasowego ustroju królestwa z pozostaniem pod jednym berłem i rezygnację z przyłączenia tzw. ziem zabranych (ziemie zaboru rosyjskiego, które nie weszły w skład Królestwa). Gen. Jan Krukowiecki, ówczesny prezes Rządu Narodowego wysłał propozycje do Adama Czartoryskiego, który dodał do polskiej odpowiedzi szereg irracjonalnych w tej sytuacji warunków, jak zniesienie art. 1 konstytucji, mówiącego o nierozerwalnym związku Królestwa z Rosją, przyłączenia ziem zabranych i zobowiązanie Rosji do odebrania Austrii Galicji. Minister Bonawentura Niemojowski, podczas debaty nad odpowiedzią Paskiewiczowi, uznał, że klęska powstania i zdobycie Warszawy przez Rosjan nie ma znaczenia, gdyż mocarstwa zachodnie wymuszą na Rosji przywrócenie Królestwa i konstytucji! W liście-odpowiedzi, którą zredagował, Niemojowski dał Rosjanom do zrozumienia, że powstanie miało za cel przywrócenie granic sprzed I rozbioru. Prądzyński komentował, że taka odpowiedź byłaby dobra, gdyby zwycięskie wojska polskie stały pod Orszą, a nie broniły się w okopach Warszawy, jednak to nic nie dało. Po takiej odpowiedzi Paskiewicz przystąpił do szturmu. Mocarstwa zachodnie zaś niczego na Rosji nie wymusiły… Za to „Warszawianka” utrwaliła myślenie kategoriami „tryumf albo zgon”. Milczeniem pominiemy groteskę jaką było powstanie krakowskie w 1846 i przejdziemy od razu do najbardziej niedorzecznego, jak mówił Dmowski, powstania styczniowego. Powstanie to było katastrofą o niespotykanej wcześniej skali, także w wymiarze międzynarodowym. Przyczyniło się do zniweczenia porozumienia francusko-rosyjskiego, a co gorsza, do zbliżenia Rosji z Prusami (Konwencja Alvenslebena). Jeżeli dzisiaj powinniśmy mówić o powstaniu styczniowym, to tylko i wyłącznie w kategoriach bezwzględnej przestrogi przed politycznym zaślepieniem i karygodną lekkomyślnością bez odpowiedzialności, bez oglądania się na konsekwencje. Powstanie wywołali Czerwoni, a personalnie istotnymi sprawcami wybuchu tej narodowej tragedii, byli dwaj młodzieńcy – Stefan Bobrowski i Zygmunt Padlewski. Sięgnijmy do kanonicznego niemal w tym względzie artykułu Stanisława Stommy z „Tygodnika Powszechnego” nr 3 z 1963 r. „Z kurzem krwi bratniej”. Ci, którzy wywołali powstanie brali pod uwagę wyłącznie dwa czynniki – Polskę i Rosję. Tak, jakby były zawieszone w próżni. Tymczasem, jak mówi Stomma: „na ówczesne Królestwo Polskie, powstające przeciw Rosji, padał cień nowego władcy Prus, Bismarcka. Tymczasem w Polsce cień ten jakby był niedostrzegany. Czerwoni w ogóle się z tym czynnikiem nie liczą, tak jakby za zachodnią granicą ,,Kongresówki" rozciągał się ocean. Tymczasem właśnie ten cień był największą realnością owej chwili historycznej. On był prawdziwym fatum dziejów polskich. (…) Bismarck z całej duszy pragnął powstania. Przywitał je z wielką radością. Wiedział, że otwiera ono możność odnowienia aliansu z Rosją przeciw Polsce i zarazem storpedowanie porozumienia francusko-rosyjskiego”. Dalej Stomma zwraca uwagę na kompleks antyrosyjski, który rządził myśleniem polskim: „W okresie zaborów hodowaliśmy w sobie jeden kompleks. Kompleks ten prowadził od klęski do klęski i w płaszczyźnie logiki historycznej nie był uzasadniony, a jednak kompleks ten wciąż dominował. Był to kompleks antyrosyjski.(…) Uparcie antyrosyjski kierunek jest tym dziwniejszy, że właśnie fakty historyczne powinny by skłaniać do traktowania Rosji jako zaborcy najmniej wrogiego”. Kiedy decydowano o wybuchu powstania okazało się, że nie chodzi już nawet o wybór „wszystko albo nic”, bo „wszystko” nie wchodziło w grę. Chodziło zatem wyłącznie o „nic”, o wykluczenie na przyszłość jakiegokolwiek porozumienia z Rosją poprzez doprowadzenie do jak największych strat! Bobrowski powiedział: „Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełnimy ten obowiązek w przeświadczeniu, iż dla stłumienia naszego ruchu Rosja nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszona wylać rzekę krwi polskiej. Ta zaś rzeka stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju, nie przypuszczamy bowiem, aby nawet za pół wieku naród polski puścił tę krew w niepamięć i aby wyciągnął rękę do nieprzyjaciela, który tę rzekę wypełnił krwią polską”. Chcąc nie chcąc przypominają się słowa wypowiedziane w 2021 r. o tym, że „w interesie Polski są jak najgorsze stosunki USA i Zachodu z Rosją”… A Bobrowski? Prorokował, że nawet za pięćdziesiąt lat naród polski nie puści rzeki krwi w niepamięć. Pewnie gdyby mógł widzieć Warszawę wiwatującą w 1914 r. na cześć wojsk rosyjskich wychodzących na front, padłby rażony apopleksją. Z założenia klęskowe powstanie miało służyć ratowaniu polskiej duszy. Stomma zauważa: „Dlaczego ten, żywiołowy, jakiś mistyczny pęd do walki właśnie z Rosją? Dlaczego ocalenie duszy narodowej nie wymagało walki przeciwko Prusom lub Austrii? Jakoś ,,ugoda" z Austrią nie zdeprawowała w niczym duszy Polaków. Dlaczegóż więc za czystość duszy w zaborze rosyjskim płacić trzeba było hekatombą krwi? Nie ma na to odpowiedzi racjonalnej. Powtarzam: kompleks silniejszy niż życie”. W jaki sposób zakończyli życie winni wybuchu powstania Bobrowski i Padlewski? Ich koniec jest – trzeba to przyznać – odzwierciedleniem ich poglądów i sposobu w jaki traktowali życie narodu i życie własne. Bobrowski, zanim zginął, spełnił jeszcze raz wybitnie negatywną rolę, kiedy po wycofaniu się Mariana Langiewicza do Galicji była okazja, żeby zakończyć powstanie i uniknąć ogromnej większości represji rosyjskich. Wtedy Bobrowski sam jeden zadecydował o kontynuowaniu walki. Zaraz potem wyjeżdża w poznańskie i wdaje się w pojedynek ze znanym awanturnikiem i jednocześnie znakomitym strzelcem. Zginął na miejscu. Człowiek, który położył na szali losu narodu swoją indywidualną decyzją, w takiej chwili decyduje się na pojedynek będąc krótkowidzem! Wniosek jest tylko jeden – popełnia patetyczne, rytualne samobójstwo. Stomma pisze: „Najpierw niewiara w powodzenie w chwili ogłaszania powstania, potem rzucenie się w przepaść. Gesty bohaterskie, maksymalistyczne i samobójcze, które tak bezlitośnie piętnował Wyspiański w swych tragediach”. Zygmunt Padlewski, ogłoszony wojewodą płockim, jedzie z towarzyszami w dwa powozy do Małych Radzik na spotkanie powstańców mających przybyć z poznańskiego, dlatego w powozie ma ukryty mundur, dystynkcje, konfederatkę z białym piórem, szablę, listy Rządu Narodowego itp., musi przecież wyglądać godnie. Teren nasycony jest patrolami kozackimi i jeden z takich patroli zatrzymuje „wojewodę”. Kozak żąda okazania paszportów. Padlewski zamiast paszportu daje sturublowy banknot i mówi: „Nam się śpieszy, weź to sobie na piwo i jedź z Bogiem”. Nikołaj Wasiliewicz Berg, autor „Zapisków o powstaniu polskiem 1863 i 1864” skomentował całą sytuacje tak: „Gdyby dali rubla rzecz byłaby naturalna i nie wzbudzająca najmniejszego podejrzenia, ale na widok tęczowego papierka kozak zdziwił się i zastanowił za co ofiarowano mu tak znaczną kwotę; w tym musi być jakaś nieczysta sprawa… pomyślał i tym usilniej domagał się okazania paszportów. Ofiarowano kozakowi 200, 300, w końcu 500 rubli srebrnych, byle ich tylko przepuścił…, nie wiadomo na czym by się ostatecznie skończyło, gdyby na skraju lasu nie pojawił się oficer kozacki Godlewski. (…) Natychmiast kazał im wysiąść z powozów, a kozakowi przeszukać takowe. Pod siedzeniem pierwsza pokazała się konfederatka wojewody. Przetrząśnięto dalej i wydobyto pliki papierów z pieczęciami rządu narodowego oraz kilka rewolwerów. Godlewski przejrzał pobieżnie znalezioną zdobycz i oświadczył podróżnym, że ich aresztuje i zabiera ze sobą do Lipna”. Więźniów odstawiono później do Płocka. Padlewski został skazany na śmierć, wyrok zatwierdzono w Warszawie i 3 maja 1863 „wojewoda płocki” został rozstrzelany. Tak oto zginęli ci, którzy sprowadzili na naród tak wielkie nieszczęście. Patos, lekkomyślność, fanfaronada – gdyby z tych powodów życie stracili tylko oni, można byłoby wzruszyć ramionami, ktoś inny może by zapłakał. Ale oni ściągnęli katastrofę na naród. Bobrowski miał 22 lata, a Padlewski 28. Kult powstania styczniowego utrwalała inna pieśń – „W krwawym polu” i jej zaiste nieśmiertelne słowa: „Obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni, Hu! Ha! Krew gra, duch gra. Hu! Ha!”. Następne kilkadziesiąt lat pominiemy. To okres, w którym pod wpływem beznadziejnej klęski powstania szerokie masy narodu wybudziły się z szaleństwa, a kierunek narodowo-demokratyczny polityką jakże odmienną od irracjonalizmu powstań, polityką długofalową i konsekwentną, doprowadził Polskę do niepodległości. Warto tu tylko zauważyć, że wbrew wyznawcom irracjonalizmu i ich duchowym następcom, polityki polskie o przeciwnych wektorach w czasie I wojny światowej nie dodawały się. Dla polityki opartej o Ententę kierunek widzący przyszłość w państwach niemieckich nie był wspomożeniem. Trzeba było się z niego tłumaczyć przed aliantami, gdyż stawiał sprawę polską dwuznacznym wobec aliantów świetle. Przykład z życia – kiedy misja francuska przy korpusie gen. Dowbor-Muśnickiego w Bobrujsku powzięła wiadomości o jego kontaktach z Radą Regencyjną (z nadania niemieckiego) wystąpiła z ostrym listem do generała, a po fiasku pomysłu porozumienia z bolszewikami, celem przejścia korpusu na południe i połączenia z innymi siłami polskimi (i przez to pozostaniem wzmocnionego korpusu w wojnie po stronie Ententy), natychmiast opuściła korpus. Zatem z punktu widzenia Francji, mocarstwa, które odegrało główną rolę w pokonaniu Niemiec i było naszym głównym sojusznikiem takie polskie przeskakiwanie z kwiatka na kwiatek było niedopuszczalne, a pamiętajmy, że to od Francji głównie zależało powodzenie sprawy polskiej, nie zaś od wolności polskich wyborów. Francja realnie kształtowała sytuację i scenę polityczną w Europie. Polskie wybory nie miały samodzielnej mocy sprawczej. Były istotne tylko w kontekście. Wybór Niemiec nie polepszał sytuacji tych, którzy wybrali Ententę, lecz ją pogarszał. Nauka taka wypływa z I wojny światowej. Nie zamierzam się zagłębiać w historię sprawy polskiej w czasie II wojny światowej. Oderwanie od rzeczywistości polskiego rządu emigracyjnego od mniej więcej 1942 roku, uparte trzymanie się litery Traktatu Ryskiego, kiedy tyle traktatów zostało przez wojnę podeptanych, jest rzeczą znaną i oczywistą. Warto wskazać jedynie najbardziej jaskrawe przykłady, godne XIX wieku. Z pewnością największą tragedią dla Polski było powstanie warszawskie. Wg niektórych miało ono jednak spełnić swoją rolę poprzez maksymalizację ofiary. Gen. Leopold Okulicki należał do tych, którzy usilnie dążyli do wywołania powstania w Warszawie. Wg relacji płk Kazimierza Pluty-Czachowskiego Okulicki wołał: „W Teheranie alianci zachodni zdradzili Polskę. Przywódcy Zachodu okazali się małodusznymi. Musimy zdobyć się na wielki zbrojny czyn. Podejmiemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury będą się walić w gruzy. I taka walka sprawi, że opinia świata wymusi na rządach przekreślenie decyzji teherańskiej, a Rzeczpospolita ocaleje”. Potoki krwi nie wpłynęły na „zdrajców z Teheranu”. Opinia niczego na nich nie wymusiła. Co najwyżej Polacy potwierdzili swą złą reputację w niechętnych nam kołach Zachodu. A po powstaniu pozostała pieśń, która swoją skoczną melodią do dzisiaj wpływa na umysły, choć treściowo idzie śladem tych, co to poszli w bój bez broni… „Choć na Tygrysy mają Visy, to Warszawiaki fajne chłopaki są”. Co prawda Visów nie było zbyt wiele, a Tygrysów tylko pięć, to jednak nadal uderza beztroska z jaką mówi się o ataku bronią krótką na jakikolwiek czołg, wszak Visem nie można było nic zrobić nawet najsłabszym czołgom niemieckim. Jest w tym tekście rys tej lekkomyślnej pogardy dla śmierci, bez względu na nieszczęścia jakie sprowadzili sprawcy decyzji o wybuchu powstania na Warszawę i jej mieszkańców, idea walki praktycznie bez broni z armią niemiecką. 17 grudnia 1944 r. stojący na czele najbardziej oderwanego od rzeczywistości rządu londyńskiego Tomasz Arciszewski oświadczył w wywiadzie dla „Sunday Times”, że nie chcemy „Wrocławia ani Szczecina”. Nie zdawał sobie sprawy, że od chcenia czy nie chcenia przez rząd londyński w grudniu 1944 r., już nic nie zależy. Rezygnacja, czysto werbalna, z czegokolwiek nie przyniosła Polsce ani metra z utraconych ziem wschodnich, natomiast z pewnością była to wypowiedź wysoce niedyplomatyczna i dawała argumenty przeciwnikom polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, których nie brakowało w obozie alianckim. Po wojnie polska emigracja stojąca na stanowisku kontynuowania fikcji „państwa na wygnaniu” pogrążała się w irracjonalizmie. Witold Olszewski, działacz narodowy, dziennikarz, jeszcze przed założeniem dzieła swojego życia, czyli miesięcznika „Horyzonty”, na łamach „Myśli Polskiej” i paryskiego „Słowa Polskiego” w latach 1954 i 1955 doszedł do przekonania, że polska emigracja wylądowała na pozycjach skrajnego formalistycznego legalizmu, który zakładał nieważność i nielegalność wszystkiego co się w Polsce dzieje, głosił potrzebę cofnięcia się, aby pójść naprzód. Cofnięcia się do czasów przedwojennych, co z czasem hamowało wizje przyszłości, przeradzało się w kult przeszłości i w kult przedwojennej władzy – dyktatury pochodzącej z zamachu. Emigracja popadła w nieustające oczekiwanie, w pewnym momencie irracjonalne, na nową wojnę światową jak na panaceum na wszystkie problemy, z naiwnym przekonaniem, że tym razem taka wojna spełni wszystkie postulaty polskie. Wojenny mistycyzm Olszewski obwiniał za doprowadzenie do trzeciej skrajności, a mianowicie, do zrównania antykomunizmu z antyrosyjskościa i bezbrzeżnym proamerykanizmem. Zdefiniował cztery rodzaje emigracyjnych postaw. Po pierwsze, postawa protestu: jesteśmy zdradzeni, nie uznajemy niczego, co stało się po zdradzie. Protestujemy przeciwko wszystkiemu będąc natchnieniem i sumieniem świata i żądamy przywrócenia do stanu poprzedniego. Po drugie, postawa katastroficzna: Sowiety są molochem, który pożre świat, a my wołamy, że tylko wielka wojna może uratować świat, lecz nikt nas nie słucha. Po trzecie, postawa beztroska: konflikt światowy jest nieunikniony. Amerykanie jeszcze o tym nie wiedzą, ale się dowiedzą i wtedy wygrają, a my razem z nimi. Wreszcie, po czwarte, postawa surrealistyczna: Polska jest sumieniem świata i jej wolność leży w jego interesie. Stany Zjednoczone są największą potęgą na świecie, zatem wiążąc się z nimi na śmierć i życie uczynimy ich zwycięstwa naszymi. Wniosek jest taki, że emigracja żyje dwoma mitami, trzeciej wojny światowej i Stanów Zjednoczonych. Trudno nie zauważyć, że z odbiciem poglądów krytykowanych przez Olszewskiego mamy do czynienia dzisiaj, za oknem. I to nawet w większym stopniu niż nam się wydaje. Negowanie PRL, kult przedwojennej II RP, antykomunizm zrównany z antyrosyjskością, bezbrzeżny proamerykanizm. Zapowiedzi bezwzględnego poparcia dla Ukrainy w odzyskiwaniu Krymu i Donbasu, skrajnie sztywna pozycja wobec Rosji, która doprowadziła już do faktycznego zamarcia wszelkich stosunków z tym państwem, postawa wojownicza, wspieranie i aklamacja dla wszelkich antyrosyjskich inicjatyw itp. Mamy do czynienia z niebywałym wręcz regresem myślenia politycznego. Emigranci powojenni, ubrani w piórka prezydentów, premierów i ministrów nie odgrywali żadnej roli na arenie międzynarodowej. Pełnili rolę dyżurnej szczekaczki wtedy, kiedy to było na rękę możnym. W innym wypadku nie zauważano ich istnienia. Dzisiaj jest podobnie. Polska nie liczy się na scenie międzynarodowej. Jest potrzebna o tyle, o ile potrzebna jest propagandowa szczekaczka albo harcownicy i o ile amerykański hegemon może ją wykorzystać dla swoich celów i we własnym interesie. Tu podobieństwa się kończą. Emigranci nie narażali narodu żyjącego w Polsce na nic. Obecnie rządzący robią wszystko, aby z Polski uczynić przyczółek jeśli nie wojny, to permanentnego konfliktu, zarzewia, które nigdy nie gaśnie, które zawsze się tli, aby w razie potrzeby wystrzelić. Na zakończenie słowo o płk Zygmuncie Czarneckim i jego Brygadowym Kole Młodych Pogoń (skojarzenia z I Brygadą jak najbardziej uzasadnione). Marian Seyda ostrzegał przed ich działalnością w 1953 r.: „Inni znowu cofają się wbrew woli narodu od Odry, by tym bardziej pchać Polskę na wschód. Tak czynią na przykład broszury Brygado¬wego Koła Młodych Pogoń, politycznej organizacji wojskowej w Anglii. Pod tytułem ‘Polska wojna w trzeciej światowej’ itp. publikacje Pogoni obstając przy Śląsku i Prusach Wschodnich wycofują jednak Polaków znad dolnego biegu Odry, ze Szczecina i w ogóle z Pomorza zachodniego (mniej więcej po Koszalin) i z całej połaci na południe od niego. Ukrainie zachodniej, którą mają stworzyć Polacy, bo Ukraińcy nie będą do tego zdolni, ma Polska na podstawach federacyjnych oddać część Małopolski wschodniej. Za to mają Polacy iść przez Smoleńsk na Moskwę, rozbić Rosję i zorganizować jej obszary, bo Amerykanie nie potrafią tego zrobić. Polska miałaby przy tym objąć w posiadanie kawał Syberii po obu stronach rzeki Jenisiej, a Ukraina miałaby sobie wybrać inną część Syberii, najgęściej zaludnioną Ukraińcami”. Seyda zauważa, że może ktoś powiedzieć, że nie należy takich rzeczy brać na poważnie. Nawet pośród nieprzejednanych legalistów mogło się to wydawać szaleństwem. Poza tym brygadowcy mogli pisać, co chcieli, bo i tak nie mieli możliwości wprowadzenia w czyn swoich wizji. Czym innym jest Polska AD 2022, będąca w posiadaniu „elit” ogarniętych autentycznym politycznym szaleństwem. Tamci pisali swe manifesty często w wynajętych mieszkaniach, w trosce o codzienny byt, nie mając nawet szansy zginąć jak Bobrowski. Obecna klasa polityczna w Polsce posiada narzędzia w postaci aparatu państwowego, z wojskiem, służbami specjalnymi itd. Dlatego jest to o wiele bardziej niebezpieczna sytuacja. Niestety, irracjonalizm polski ma się aż za dobrze i jego kresu nie widać. Dalszy ciąg tego tekstu dopisze życie…

Adam Śmiech